- 6 łyżek oleju z pestek słonecznika albo 80 g stopionego i wystudzonego masła
- 280 g pełnoziarnistej mąki
- 1 płaska łyżka proszku do pieczenia/sody
- szczypta soli
- 100 g cukru (dałam brązowy)
- 2 jajka
- szklanka mleka albo jogurtu naturalnego
- jedno duże albo dwa małe jabłka, obrane i pokrojone w kostkę
- tu dwie opcje: albo krem maślany, albo bita śmietana. Ja dałam bitą śmietanę (mały kubek śmietanki kremówki 30 albo 36%, jedna łyżeczka cukru pudru), bo kremu maślanego nie lubię (albo podaję proporcje: 100 g masła i 180 g cukru pudru)
- marcepan barwiony na zielono sokiem z kiwi (możesz też naturalnym zielonym barwnikiem spożywczym)
- lub, jeśli nie masz marcepanu – zielona masa cukrowa
Nie czytajcie tej książki. Wybaczcie tak mocny początek, ale jeśli widziałyście (widzieliście) film (ja nie widziałam, ale podejrzewam, że jest sto razy lepszy niż książka) albo nawet go nie widziałyście (widzieliście) i wahacie się, czy po książkę sięgnąć czy nie – ja chciałabym usłyszeć przed otwarciem jej, żebym ją natychmiast zamknęła i wzięła się za coś innego. Wytłumaczę inaczej. Jeśli lubicie styl pisania Tokarczuk, Marqueza, Capote, Woody’ego Allena, taki trochę poplątany i z tajemnicami, to wydaje mi się, że jest wielce prawdopodobne, że styl Gilbert nie przypadnie wam do gustu. Obym się myliła, bo życzę każdemu, żeby jego książka, z której jest megadumny, rozchodziła się w milionowych nakładach. Ale jednocześnie czytania tego akurat milionowego nakładu – szczerze odradzam. Była teza, to teraz by się przydało uzasadnienie. Książka to typowy chick-lit, czyli książka pełna babskich problemów. Ja takich nie lubię, bo uważam to za bardzo stereotypowe podejście. Chick-lit, tak według definicji, to literatura pisana przez kobiety dla innych kobiet, której główną bohaterką jest dwudziesto- albo trzydziestolatka, która ma bardzo dużo: miłość, pieniądze, robi karierę i często szybko żyje. Fabuła rozpoczyna się zazwyczaj w punkcie zwrotnym życia bohaterki i żeby doprowadzić do jego zmiany na lepsze, przechodzi ona przez różne stany emocjonalne: zagubienie, zdezorientowanie, wreszcie pojawia się olśniewająca idea, która kiełkuje i z tego procesu książka kończy się zazwyczaj happy endem. Musi być co najmniej jeden wątek miłosny, a całość ma się łatwo i lekko czytać (Anglicy mają na to bardzo ładne słówko, którym definiują właśnie chick-lit: lightheartedly). Oczywiście, są świetne książki pisane schematem chick-lit. Znam ich mało, bo jestem w stanie je wymienić na palcach jednej ręki, ale znam. Jednak Jedz, módl się, kochaj mi się nie podobało wcale. Nie lubię mieć oczywistych wątków w książce i nie lubię czytać o tym, jak główna bohaterka, Liz, zmaga się sama ze swoim umysłem, prowadząc z nim dialogi, w których nie może pojąć dlaczego jest nieszczęśliwa i gdzie znaleźć szczęście, bo przecież nie może pozwolić sobie na to szczęście, ale dlaczego nie pozwala sobie na szczęście? co ją hamuje?, och, chyba to, że po prostu nie może sobie na nie pozwolić. I tak w koło Macieju. To nie typ literatury dla mnie. Przeszkodziło mi też to, że dokładnie wiedziałam, co znajdę w kolejnych częściach książki (bo książka dzieli się na jedz – Włochy, módl się – Indie i kochaj – Bali). A więc wiedziałam, że w pierwszej części będzie głównie jeść i z Włochem, którego pozwała, nie połączy jej żadna miłość. W Indiach – jak to w Indiach, będzie chodzić na jogę i rozmawiać ze swoim umysłem, próbować się relaksować. A na Bali znajdzie miłość, więc prawdopodobnie pierwszy mężczyzna, który się nią zainteresuje, będzie tym jedynym. Och, ja nie lubię takich oczywistości.



Comments
Bąbelkowe muffiny i zielone jabłuszko-wyglądają niezwykle apetycznie.Zapewne przyszłam tu zbyt późno i mi już nic nie zostało:(. Ale kto późno przychodzi, sam sobie szkodzi.
Pozdrawiam serdecznie:)
Fajna ta jabłuszkowa dekoracja :-)
Moja mama kupiła tą książkę i czyta ją już miesiąc. Rozmawiałam też z koleżanką, która próbowała przebrnąć i powiedziała, że jest tak koszmarnie nudna, że nie da rady nawet przeczytać pół strony. Skutecznie mnie zniechęciłyście :-) Uściski!
Ale napowietrzone te babeczki! Jak czekolada „bąbolada” :))
Po pierwsze – muffinki: ja bym na Twoim miejscu wyslala te muffinki do Apple;) jestem ciekawa reakcji:)hahaha:)
ps. Jestem pod wrazeniem wykonania a jednoczesnie rozumiem te pasje:) Tak trzymaj!!
Po drugie ksiazka: nie czytalam. Sama mam 30 lat, duzo pracuje, podrozuje robie 100 rzeczy naraz i mam wzloty i upadki….statystycznie mnie ujmujac – powinna taka ksiazka lub setka podonych ksiazek byc w mojej torbie..ale jednak nie. One mnie smiesza i szkoda mi pieniedzy..a film? jak bedzie w TV..to sobie obejrze, przy herbacie i ciastku:)
Ale jednoczesnie rozumiem ich fenomen..bo przeciez to jest dorosla forma bajki dla kobiet, nieprawdaz?
Śliczne te muffinki. Bardzo podoba mi się to ‚bąbelkowania’- tak jakbyś dodała oranżady do nich ;)
A co do „Jedz, módl się, kochaj” – ja widziałam film i go nie polecam.. Bardzo się zawiodłam i miałam nadzieję,że książka będzie lepsza, a tu taka recenzja…
P.S. Dziękuję za pozytywne odczucie dotyczące mojego bloga i zapraszam serdecznie do częstszych wizyt :)
Pozdrawiam! Iwona
Hmm, czyli na film nie bardzo warto się wybierać? Aż chyba was posłucham i chętnie nie pójdę ;)
Domku – o, tak tak, dokładnie, przy herbacie i ciastku! Niektóre filmy faktycznie nadają się raczej do oglądania w telewizorni.
A ja książkę przeczytałam. Początek taki sobie, ale były wakacje, a miałam tylko tę książkę, więc czytałam dalej. Część Włoska bardzo fajna, część jogowa jakaś przegięta, a ta o miłości… już nawet nie pamiętam, bo „umkła”… W każdym razie nie porwała mnie, ale przez nią chciałabym spróbować tych pysznych włoskich lodów, bo zachwalane były o niebiosa.
Jabłuszkowe muffinki bardzo wesołe, a po przekrojeniu jak czekolada z bąbelkami:)
Ewelajna, a ja jadłam te lody! :) Prawdziwe włoskie lody, w megawielkim waflu, jeszcze w Rzymie w lodziarni, że jak się zapytasz Włocha gdzie na lody, to ci kazdy jeden powie, że pod Panteon – tam sa najpyszniejsze :)
sliczne muffinki:) chetnie bym sie poczestowala, ale pewnie juz nie ma:( wiec musze sobie upiec:)
Pozdrawiam:)
Jestem w trakcie czytania, utknęłam na Bali ;) początek – fatalny, nie do przebrnięcia wręcz, ale postanowiłam wytrwać. Włochy – całkiem ok. Część z Indiami to jakaś masakra, po prostu nie dało się tego czytać. I po Indiach utknęłam. Pierwszy raz czytam książkę z literatury kobiecej tyle czasu! Już trzy miesiące mi zeszło, a jeszcze nie skończyłam, bo jak mam po nią sięgnąć, zawsze wybieram coś innego.